Odśpiewuję moją ulubioną melodię obwieszczając koniec pracy... na dziś. Dlaczego oni nie dają nam wytchnenia nawet w niedzielę? Jedyny dzień w roku wolny od zrywania tych paskudnych jabłek i gruszek to dzień dożynek, ale tego roku, gdy moja karteczka trafiła już do puli... co to za pocieszenie? Na dodatek pracuję w największym sadzie w moim dystrykcie, ale co z tego mam? A raczej, co z tego mają moi rodzice, bo "takim dzieciom jak ja nie należą się pieniądze", ale zaganianie do pracy "małych dzieci" jakoś nie jest niczym złym. Nawet nie wolno mi zabrać chociaż jednego z owoców, bo - kto zostanie złapany na kradzieży zostaje ukarany przy wszystkich mieszkańcach naszego dystryktu. No tak... Jedenastka to jedna z najbiedniejszych dzielnic Panem mimo tego, że jest bardzo duży. Chociaż czasami słyszałam, że jeszcze gorzej mają w dwunastce, ale nie musi to być prawda, w końcu nie wolno nam wychodzić za teren dystryktu w którym mieszkamy, więc nie wiem, skąd ludzie biorą te wiadomości... Zapewne to wyssane z palca brednie jakiś starszych pań, ale nie chcę się w to mieszać, bynajmniej mnie nie obchodzą sprawy innych dystryktów.
- Rue, złaź z tego drzewa! - woła jeden z pracowników sadu, jest chyba jedyną miłą osobą, która tutaj pracuje.
Kurcze, tak się zamyśliłam, że zapomniałam nawet, że jestem na czubku drzewa i właśnie skończyłam pracę. Pośpiesznie schodzę z najwyższej gałęzi, aż w końcu znajduję się na samej ziemi.
- Przepraszam, zamyśliłam się.
Pan Kristopher lekko się uśmiecha.
- A o czym to tak intensywnie myślałaś? Zawsze jako pierwsza rwałaś się do wyjścia.
- Dużo by opowiadać... A jak mija panu dzień?
- Tak samo jak Tobie, od wschodu pracuję, a teraz wracam do domu. Hmm.. a może odprowadzić cię? Nie będziesz chyba sama wracała?
- Nie, dziękuję, Brit obiecała, że wyjdzie po mnie.
- Przypomnij mi, Brittany to twoja siostra?
- Tak, jest jeszcze Lucas, Karol, Maria i Stiv.
- Tak mi przykro, że w tym roku wszyscy będzie na dożynkach...
- Chwilka... Jestem najstarsza z rodzeństwa, a na dożynkach losują od 12 lat... właśnie tyle mam, panie Kristopherze.
- Wielkie nieba! Mój błąd, przepraszam.
- Nie szkodzi, a teraz, pan wybaczy... muszę już iść.
Odwracam się chcąc odejść, jednak zatrzymuje mnie głos pana Krisa. W myślach zdrabniam jego imię, ale nigdy nie zrobię tego na głos, w jedenastce trzeba mieć szczególny szacunek do starszych.
- Rue, czekaj. Mam jeszcze jedno pytanie.
- Tak?
- Jak sprawiasz, że te ptaki powtarzają Twój śpiew? Głupio się przyznać, ale ja nie raz próbowałem, i nic z tego nie wyszło...
- To są kosogłosy, moi przyjaciele. Nie mam jakiejś metody... one same po mnie powtarzają, odkryłam to kiedyś spacerując polną drogą. - rzucam szybko i odchodzę w stronę domu.
O tak... To był chyba najcudowniejszy dzień w moim życiu. Wtedy nie musiałam jeszcze pracować, miałam zalednie osiem lat. Wybrałam się na pole w poszukiwaniu jakichś ładnych kwiatów, o które poprosiła mnie mama, nie pamiętam nawet co z nimi później zrobiła. Od zawsze uwielbiałam śpiewać, sprawiało mi to niesamowitą radość, dlatego podskakując wesoło podśpiewywałam sobie pod nosem moją ulubioną piosenkę, której nauczyła mnie kiedyś przyjaciółka. Ahh, szkoda, że nie mamy już dla siebie czasu, bo obie pracujemy, niestety w innych sadach co utrudnia nam kontakty, i to znacznie. W dodatku nie mieszkamy obok siebie, dzielą nas conajmniej 3 kilometry. Tego dnia też rozmyślałam o Mady, o naszej przyjaźni i o tym, co by było, gdybyśmy się nie poznały. Moje rozmyślania i podśpiewywanie przerwał przelatujący ptak, który zaczął powtarzać to, co wcześniej śpiewałam. Po chwili zebrała się całkiem duża gromadka ptaków, które dołączyły się do pieśni. Nie wiedziałam co to za ptaki, póki jeden z nich nie rozpostarł skrzydeł i nie ukazał białych piór, które przekonały mnie, że te czarne na grzbietach i białe w środku ptaki to kosogłosy.
- Rue! - słyszę głos Brit, która podbiega do mnie i mnie przytula.
- Brit - mówię - wystarczy już, chodźmy do domu.
W drodze powrotnej prawie się do siebie nie odzywamy, jednak w domu siedząc wraz z całą rodziną, oprócz taty mama próbuje przerwać panującą ciszę.
- Jak w pracy, Rue? - pyta.
- Jak zawsze... bolą mnie ręce od zrywania i jestem głodna...
- Lucas, zaniosłeś Rue kanapki, które ci dałam? - zwraca się do mojego brata.
- N-nie mamo... Przepraszam, ale byłem bardzo głodny, od wczoraj nic nie jadłem i nie mogłem się powstrzymać. Czemu nie możemy mieć dużo jedzenia? - Lucas chowa twarz w dłoniach i słyszę jego szloch. - Kiedy tata wróci?
- Lucas... Po pierwsze, Rue też jest głodna i to ona pracuje, nie ty... - zaczyna mama - a tata... dobrze wiecie, że jako jedyny z naszego dystryktu został wybrany na Strażnika Pokoju. To zaszczyt a zarazem hańba, ale musimy dać sobie radę. W tym roku dożynki, Rue... - zwraca się do mnie mama - weźmiesz astragal? Będziesz miała tylko 2 karteczki, nie martw się, nie padnie na Ciebie.
- Boję się, mamo... ale dobrze. Zwrócę się po astragal...
Widzę, że nie tylko moje oczy napełniły się przerażeniem. Wszyscy boimy się tego, co dalej będzie. Z nami, z tatą, ale mam nieodparte wrażenie, że wszyscy boją się dożynek, chociaż to małoprawdopodobne, jest jakieś ryzyko, że mnie wybiorą.
Rano zgłaszam się po astragal, który niemal natychmiast dostarczają mi do domu. Wszyscy oprócz mnie cieszą się z rocznych zapasów oleju i ziarna niezależnie od tego, że mam przez to dodatkową karteczkę. Nic już nie rozumiem, wczoraj malowało się w nich przerażenie, dziś są szczęśliwi z durnego oleju i ziaren?! No nic, nie warto się tym przejmować, jutro dożynki, a to oznacza nieprzespaną noc. Bardzo się boję, ale jest to nieuniknione. Świadomość, że już jutro moje życie może przewrócić się do góry nogami jest straszna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz